PRZYGODY DOLIBUKA – LANCKOROŃSKIEGO KRASNOLUDKA - ZAGADKA STAREJ FOTOGRAFII
Dominika Zaręba
zilustrowała Celina Kędziera
NIECODZIENNA WIZYTA
Zbliżała się wiosna, chociaż prawie nic jej jeszcze nie zapowiadało. Mróz dalej malował srebrzyste wycinanki w oknach, a spadziste dachy drewnianych domków pokrywała delikatna warstwa śnieżnego puchu. Kamienne schodki do mojego mieszkania skuwała gruba warstwa lodu, aż nosa nie chciało się wychylać z domu. Siedziałem z książką przy kominku w ulubionym fotelu bujanym, przykryty kocykiem w kratkę. Powoli zapadał cichy wieczór, a księga pt. „Czy smoki spokrewnione są z dinozaurami?” coraz bardziej mnie wciągała. Wtem ciszę i stan błogiego zaczytania przerwało dziarskie pukanie do drzwi.
– Proszę, otwarte – zawołałem nieco sennym głosem, bo nie chciało mi się wychodzić spod miękkiego kocyka. Powiem wam, tylko w tajemnicy, że dostałem go na urodziny od dalekiej kuzynki Helenki, która aktualnie mieszka w Szkocji na wyspie Sky i zbiera tam materiał o smokach i innych legendarnych stworach do pracy naukowej na Uniwersytecie w Edynburgu.
Drzwi otworzyły się energicznie. W progu stanął zziajany i mocno zziębnięty lis. Popatrzyłem zdziwiony znad okularów, bo nigdy wcześniej nie widziałem go w okolicy. Był dużo mniejszy od normalnych lisów, które mieszkają w naszym lesie i miał dziwnie rozpalone oczy. Dostrzegłem w nich ten rodzaj błysku, który lubię najbardziej. Zwiastuje on bowiem nową przygodę. Na dodatek pan lis nosił muszkę i czarny cylinder, co sprawiało, że prezentował się bardzo dostojnie.
– Dzień dobry Sir Dolibuk – powiedział lis z wyraźnym brytyjskim akcentem. Czy mogę zająć panu chwilkę? Nazywam się Talbot, Lis Fox Talbot. Uszanowanie. – I skłonił się pięknie.
Byłem oczarowany. Kocyk spadł mi z kolan z wrażenia, a mój niebieski kapelusik jakby sam się uprzejmie ukłonił. Skąd taka elegancka postać wzięła się w moim skromnym krasnoludkowym domu?
– Jestem zaszczycony, Panie Talbot – odrzekłem. Co pana sprowadza z tak daleka? Po akcencie domyślam się, że przybywa pan do nas aż z Wysp Brytyjskich, a to jakieś 1800 km od mojego domu. – szybko przeliczyłem odległość na mapie (bo na mapach to ja się dobrze znam).
– Dokładnie 1155 mil, Sir Dolibuk. Przybywam z angielskiego miasteczka Lacock, miejsca gdzie narodziła się fotografia. – rozpoczął swoją opowieść. – Pracuję w muzeum Williama Henryka Foxa Talbota, na którego cześć noszę imię. Jak pan zapewne czytał w swoich księgach, był on wybitnym naukowcem – matematykiem, chemikiem, botanikiem i astronomem w jednym, który w drodze różnych eksperymentów wymyślił negatyw. Umożliwiło to utrwalanie i powielanie zdjęć…
Kiedy pan lis się przedstawiał, ja przecierałem oczy ze zdumienia i wzruszenia.
– Talbot… ojciec fotografii! – zawołałem pełen niedowierzania…
– W zbiorach naszego muzeum, które znajduje się w średniowiecznym opactwie, mamy najstarsze zdjęcia i urządzenia, niezwykle cenne dla świata nauki i sztuki – kontynuował lis. Otóż na początku roku zginęło nam z muzeum kilka wartościowych eksponatów… Śledztwo w tej sprawie prowadzi policja z hrabstwa Wiltshire. Po kilku miesiącach dochodzenia ślad zawiódł nas do… ruin lanckorońskiego zamku…
– To niesamowite! – krzyknąłem rozentuzjazmowany! Jak to możliwe i dlaczego przyszedł pan do mnie? Czy ja mam panu jakoś pomóc w wyjaśnieniu tej tajemniczej sprawy? Ależ będę zaszczycony! – zawołałem, nie potrafiąc ukryć obezwładniającej mnie żądzy nowej przygody.
– Sprawa jest bardzo poufna – Talbot ściszył głos… Pana kuzynka pracująca w Szkocji na Uniwersytecie w Edynburgu poleciła mi kontakt z panem. Nie zawierzam prawie nikomu. Szczęście, że jest pan krasnoludkiem i ma pan dobrą reputację za granicą jako polski badacz i odkrywca zagadek. Hmm… już prawie piąta – uśmiechnął się. Może napijemy się herbaty i przestawię panu szczegóły sprawy i mojej misji? A potem mi pan odpowie czy zechce nam pomóc?
– Ależ przepraszam, że wcześniej nie zaproponowałem gościny – lekko się zaczerwieniłem, bo lis cały czas stał na środku pokoju. Zaraz zaparzę panu herbatę z mlekiem po angielsku i pozwoli pan, że sam napiję się gorącej czekolady z odrobiną chili, ma się rozumieć – uśmiechnąłem się na samą myśl o takiej mini uczcie. Ze śniadania zostały mi jeszcze dwa racuchy z jabłkami posypane suto cynamonem i cukrem pudrem, które podałem do stołu.
Kiedy krzątałem się w kuchni, pan Fox chodził po pokoju nieco zdenerwowany i coś do siebie mówił pod nosem. Dopiero kiedy wniosłem do salonu czajniczek z gorącą herbatą, troszkę się uspokoił, usiadł i rozpoczął swoją opowieść.
– Pewnie zastanawia się pan, sir Dolibuk, skąd w tej fotograficznej aferze wzięła się pana Lanckorona?
– Z ust mi pan wyjął to pytanie – uśmiechnąłem się zawadiacko.
– W zbiorach muzeum znajdowała się fotografia miejsca, którego od wielu lat nie mogliśmy rozpoznać. Dopiero podczas ubiegłorocznej wizyty grupy polskich fotografików w naszym miasteczku udało się zidentyfikować obiekt.
– Tak, tak, tutaj w Lanckoronie takie grupy przyjeżdżają na plenery fotograficzne i raz o mało nie wpadłem im w obiektyw – dodałem z przekąsem, bo jak wiecie raczej stronię od ludzi, z małymi wyjątkami oczywiście.
– Fotografia pochodziła z roku około 1934 – kontynuował lis. – Były na niej widoczne ruiny zamku oraz – kobieta oparta o zamkową wieżę – w strojnym kapeluszu i długim płaszczu, trzymająca w ręku szpadel i aparat fotograficzny. Sądzimy, że zdjęcie znalazło się w zbiorach za sprawą madame Matyldy Talbot, wnuczki naszego słynnego naukowca.
– Coś niecoś czytałem o tej barwnej postaci! – uśmiechnąłem się.
– Bardzo się cieszę, gdyż była to kobieta niezwykła, gospodyni odziedziczonego po przodkach opactwa w Lacock. To dzięki niej powstało tam Muzeum Fotografii i zachowały się wszystkie pamiątki po naszym bohaterze… Madame Matylda była także podróżniczką, mówiła w ponad dziesięciu językach obcych. Na zdjęciach zawsze występowała w szykownym kapeluszu, z tajemniczym uśmiechem, ot prawdziwa kobieta z klasą… – lis zamyślił się. Proszę wybaczyć, ale mam wyjątkowy sentyment do postaci pani Talbot. W końcu muzeum stało się całym moim życiem i pasją. I ja także poświęciłem się nauce języków za jej przykładem…
– O tak, wspaniale posługuje się pan naszym językiem! Jestem oczarowany – dodałem kurtuazyjnie, gdyż udzieliła mi się galanteria mojego gościa. – I myśli pan, że madame Matylda odwiedziła Lanckoronę i to ona została uchwycona na fotografii w ruinach zamku? – zapytałem nie mogąc doczekać się dalszej części historii.
– Hmm, tego nie wiemy na pewno, nie da się tego potwierdzić ani na sto procent zidentyfikować postaci na starej i bardzo zniszczonej fotografii. Madame Matylda dużo podróżowała w tej części Europy; jednak nie zachowały się żadne piśmienne wzmianki o jej wizycie w Polsce. Równie dobrze ktoś inny mógł przywieźć zdjęcie do opactwa i tak znalazło się ono w zbiorach muzeum. Proszę popatrzeć, tutaj mam kopię fotografii. Jedno jest pewne a jednocześnie najbardziej niezwykłe w tym wszystkim. Na jej odwrocie odnaleziono tajemniczą notatkę, a właściwie – tak nam się teraz wydaje – zaszyfrowaną informację:
L.MDCCCXXXIV/F. T./M.T.F.T.=XXFN/M.T./L.MCMXXXIV
– Zaraz, zaraz muszę to sobie zapisać w notatniku. I mówi pan panie Fox, że to zdjęcie zniknęło z muzeum wraz z innymi eksponatami?
– Dokładnie tak. I dlatego bardzo nas to zdziwiło, gdyż nie było to najcenniejsze zdjęcie z kolekcji, taka bardziej pamiątka rodzinna.
– A czy policja wpadła już na jakiś trop prowadzący do rabusiów? – zapytałem coraz bardziej przejęty opowieścią lisa.
– Na razie ustaliliśmy, że złodzieje działali na zlecenie i na pewno eksponaty nie zostały wywiezione z Europy. Nie znany jest sam motyw kradzieży… Okazy muzealne mają wartość historyczną, ale nigdy nie były wyceniane, tak jak dzieła sztuki najbardziej znanych artystów. Wprawdzie naukowcy z Francji od lat przypisują sobie wynalezienie fotografii, ale to przecież nasz Talbot jest ojcem tej sztuki przez wielkie F. To od niego wszystko się zaczęło! – wykrzyknął lis ze smutkiem w głosie, wyraźnie już strudzony długim śledztwem, które nie przybliżało do rozwiązania zagadki …
– Ależ panie Fox, ja panu pomogę, proszę się nie martwić! Wierzę, że madame Talbot odwiedziła nas kiedyś! Ja to udowodnię! – zawołałem. – Widzę, że jest pan bardzo zmęczony, proszę odpocząć w sypialni, a ja w tym czasie postudiuję księgi z rodzinnej biblioteki i postaram się odnaleźć jakiś ślad prowadzący do naszej zagadki.
Sir Lis Talbot faktycznie był tak strudzony podróżą, że nie odmówił i zgodził się zająć mój pokój na dłuższą drzemkę. Ustaliliśmy, że po północy pójdziemy na Górę Zamkową, by rozglądnąć się po ruinach i zastanowić nad strategią dalszych poszukiwań. Ja w tym czasie miałem zaszyć się w mojej bibliotece i poszperać w księgozbiorach.
W DOLIBUKOWEJ BIBLIOTECE
Zabrałem się za grubą księgę historii fotografii. Odświeżyłem sobie przy okazji wiedzę o trzech postaciach świata nauki, którym zawdzięczamy powstanie pierwszych technik fotograficznych, czyli sposobu na uchwycenie i utrwalenie obrazu za pomocą światła. Badaczom służyła do tego na początku camera obscura, taki jakby pierwszy aparat fotograficzny. Najmłodszym czytelnikom wyjaśnię tylko, że było to pudełko, w środku pomalowane na czarno. Z jednej strony miało otwór a z drugiej matową szybkę albo kalkę. Promienie światła, które wpadały przez dziurkę tworzyły na kalce odwrócony obraz. Pierwsze takie „zdjęcie” wykonał francuski wynalazca o nazwisku Niépce w 1826 roku. Zawiązał później spółkę badawczą z francuskim artystą Daguerrem i wymyślili coś co nazwano dagerotypią, czyli techniką, która pozwalała utrwalać obraz na miedzianej płytce. Jednak tego obrazu nie dało się powielać, był unikalny. I chociaż to Daguerra ogłoszono w 1839 roku ojcem fotografii, to w tym samym niemal czasie podobny wynalazek opracował niezależnie w Anglii William Fox Talbot. Ale nasz geniusz z Lacock poszedł krok dalej – zależało mu, aby obraz uchwycony w camera obscura można było później odtwarzać w formie odbitek. Eksperymenty prowadził już od 1934 roku, ale niestety swój wynalazek ogłosił za późno, tuż po Daugerrze. Wymyślona przez niego technika, nazwana kalotypią albo talbotypią sprawiła, że z otrzymanego negatywu – odwróconego obrazu odbitego na papierze – można było wykonywać wiele kopii.
– Miał jednak pan Talbot trochę pecha – pomyślałem sobie. Gdyby wiedział, że ktoś inny pracuje nad podobnym wynalazkiem, na pewno wcześniej ujawniłby światu swoje odkrycie… Przecież to od genialnego odkrycia Talbota mówi się o początku fotografii artystycznej…
– Zaraz, zaraz, spojrzałem na kartkę z hasłem zaszyfrowanej informacji z tajemniczego zdjęcia, o którym opowiadał pan lis. Na początku mamy MDCCCXXXIV – po odczytaniu cyfr rzymskich – otrzymujemy datę 1834, która pokrywa się z rokiem, w którym Talbot rozpoczął pracę nad swoim wynalazkiem… – zamyśliłem się. Czyżby miało to jakiś związek? Na końcu hasła widnieje z kolei liczba MCMXXXIV, czyli 1934. Bingo! – to by się zgadzało z rokiem, w którym wykonano zdjęcie. Czyli mamy 1834-1934 – i jeśli się nie mylę – wynika z tego jakby ktoś chciał zasugerować, że jest to okrągła rocznica jakiegoś wydarzenia. W tym przypadku byłoby to dokładnie 100 lat… sto lat od odkrycia tajemnicy talbotowej fotografii… – podskoczyłem z wrażenia a wraz ze mną mój turkusowy kapelusik. Nie mogłem się doczekać, aż pan Fox się obudzi i podzielę się z nim moją pierwszą obserwacją. W międzyczasie pogrupowałem sobie poszczególne elementy szyfru ze zdjęcia i niektórym z nich przypisałem pewną możliwą drogę interpretacji. Wciąż jednak wiele było w tym niejasności i znaków zapytania…
Sir Talbot już kilka minut przed północą stanął w drzwiach w cylindrze i długim płaszczu, z notesem w ręku, gotowy do wyjścia. Zabraliśmy latarenkę i skierowaliśmy się w stronę ruin zamku, wspinając się serpentynami ulicy św. Jana, pięknie oświetlonymi przez księżyc w pełni i miliony gwiazd. Miałem wrażenie jakby uśmiechały się do nas tajemniczo i świeciły intensywniej niż zwykle. Tej nocy mróz zelżał, było kilka stopni powyżej zera i gdzieniegdzie wyczuwałem podmuchy cieplejszego wiatru wiejącego z południa, od Beskidów – wciąż jeszcze otulonych śniegiem, ale już tętniących nową mocą. Była to naprawdę niezwykła przedwiosenna noc. Zdawało się jakby przyroda wokoło nas była w półśnie – chociaż wciąż jeszcze drzemała pod śniegową pierzynką, to już pomalutku wyczuwało się jej kosmiczną energię, delikatny i świeży oddech budzącego się na nowo do życia pąka leszczyny. Powietrze pachniało inaczej, bardziej intensywnie i dosłownie. Szedłem tak oczarowany i zamyślony, że prawie zapomniałem o moim drogim towarzyszu, który także pogrążony w myślach próbował dorównać mi kroku (bo ja potrafię naprawdę szybko chodzić, mimo że taki nieduży ze mnie krasnoludek). W takiej tajemniczej ciszy dotarliśmy na szczyt Góry Lanckorońskiej.
SPOTKANIE W RUINACH ZAMKU
Ruiny zamku lśniły w księżycowej poświacie, w oddali słychać było pohukiwania sów. Staliśmy u stóp twierdzy widząc kadr ze zdjęcia skradzionego z muzeum. Na fotografii, której kopię pokazał mi wcześniej Sir Fox, było tylko znacznie mniej drzew wokoło ruin i została wykonana – na moje oko – na samym początku lata.
– Hmm… I co teraz? – zamyślił się lis, gdyż w sumie nie ustaliliśmy wcześniej planu akcji, tylko spontanicznie ruszyliśmy na wzgórze.
– Chodźmy na dziedziniec zamkowy. Tam opowiem panu o mojej pewnej hipotezie wysnutej na podstawie studiowania książek w bibliotece. – odrzekłem.
Wspięliśmy się na ruiny Zamku stromą skarpą, śliską od topniejącego śniegu. Trzeba mieć dużo wyobraźni, by wewnętrzny placyk pośród fragmentów obmurowań i kopców kamieni, wydał się dawnym reprezentacyjnym dziedzińcem zamkowym. Wiatr tańczył wokół nas, światło księżyca wyostrzało groźne cienie murów. Czuło się obecność duchów przeszłości, tych zachowanych w legendach lanckorońskich, o których tak wiele przeczytałem w długie zimowe wieczory.
– Usiądźmy tu na kamieniach – wyszeptałem i położyłem wełniany szalik, żebyśmy mieli cieplej i wygodniej. – Powiem panu co na razie wywnioskowałem z naszego szyfru. Otóż wydaje mi się, że liczby z początku i końca notatki nawiązują do stuletniej rocznicy odkrycia negatywu przez naszego naukowca. Tak jakby ktoś specjalnie chciał podkreślić wagę wydarzenia.
– To bardzo ciekawe, miałem podobne wrażenie, ale wolałem, żeby pan sam mi to potwierdził. – lis po raz pierwszy uśmiechnął się i do twarzy mu było z tym lisim uśmiechem. Teraz spróbujmy się zastanowić co oznaczać może litera L na początku i końcu szyfru, detektywie Dolibuku? – zamyślił się.
– To oczywista logika absolutna. – odparłem z wielce inteligentną miną. Pierwsze L to oczywiście Lacock, czyli: „W roku pańskim 1834 w angielskim miasteczku Lacock Sir William Fox Talbot rozpoczyna eksperymenty nad utrwaleniem obrazu optycznego” – wyrecytowałem jednym tchem jakbym czytał dalej księgę historii fotografii.
– Otóż to! Mój drogi geniuszu Dolibuku! – odpowiedział lis. Wiedziałem, że z tobą będzie się zawodowo pracowało!
– A zatem ostatnie L – rzekłem – oznacza Lanckoronę. Zdjęcie zostało wykonane w Lanckoronie w 1934 roku, w stuletnią rocznicę ważnego wydarzenia naukowego … Taką można wysnuć hipotezę i postarałam się wkrótce udowodnić jej prawdziwość! – powiedziałem cichym i przejętym głosem.
– A zastanawiałeś się krasnoludku co mogą oznaczać litery w środku szyfru? – zapytał lis.
– Mam tu kilka, na razie luźnych skojarzeń – odparłem. F.T. – to mogą być np. inicjały Foxa Talbota, tak samo jak M.T. – Matyldy Talbot, chociaż M.T. i F.T. pojawiają się dwukrotnie i mogą mieć także jakieś podwójne znaczenie. Załóżmy, że są to częściowo inicjały. Wówczas jest wielce prawdopodobne, że na fotografii została uchwycona sama wspaniała dama z Lacock i że pani Matylda podczas swoich licznych podróży odwiedziła Lanckoronę i postanowiła tutaj coś po sobie zostawić…
Wtem w oddali usłyszeliśmy szelest gałęzi. Spojrzeliśmy najpierw z niepokojem na siebie a potem w stronę lasu, skąd pochodził obcy odgłos. Szybciutko złapałem pana Talbota za płaszcz i pociągnąłem go za najwyższy kamienny murek. Przykucnęliśmy tu w zupełnej ciszy, bojąc się, że zdradzić nas może nawet najmniejszy oddech. Zacząłem się zastanawiać czy ktoś nas mógł wcześniej śledzić, ale raczej wykluczyłem taką możliwość, gdyż mam niezwykle wyczulony zmysł słuchu na każdy, nawet najcichszy odgłos. Moim długim uszom zawdzięczam nie tylko muzykalność, ale także niezwykłą wrażliwość na dźwięki, niczym u nietoperzy. Podczas wspinaczki na Górę Lanckorońską słyszałem jedynie niewinne odgłosy przyrody…
Ukryci w cieniu kopca z kamieni oprószonych jeszcze gdzieniegdzie śniegiem, wpatrywaliśmy się w czarne sylwetki drzew otulających lanckorońską górę, dość złowrogo prezentujące się w tej nocnej aurze. Wtem od strony północnego zbocza, pośród mrocznego lasu, dostrzegliśmy dwie postaci wspinające się na ruiny powoli i ostrożnie. Po chwili można już było zobaczyć kobietę i mężczyznę ubranych w ciemne kombinezony i czapki z daszkiem zasłaniające częściowo twarze. Kiedy znaleźli się na dziedzińcu, nerwowo rozglądnęli się wokoło.
– Musimy się śpieszyć, żeby zdążyć przed świtem – szepnęła kobieta po francusku.
– Jesteś pewna, gdzie mamy szukać? – zapytał cicho mężczyzna. Wyjął z kieszeni kartkę z jakimiś szkicami i chwilę się jej przyglądał. Wyglądała trochę jak fragment mapy.
Tajemniczy nieznajomi zbliżyli się do południowo-wschodniej baszty, tej najlepiej zachowanej wieży ze skradzionego zdjęcia, i zniknęli nam z oczu za jej kamienną ścianą. Poczułem wielki niepokój… Popatrzyłem na lisa – sir Fox był wstrząśnięty i zrobił się taki blady, jakby nagle zamienił się w lisa polarnego.
Raptem ujrzeliśmy kolejną postać wchodzącą na ruiny od strony dawnej fosy. Od razu rozpoznałem w niej pana Zbyszka, lanckorońskiego przewodnika i historyka, który znany jest z tego, że o różnych porach dnia i nocy, urządza sobie spacery po okolicy – taki niespokojny duch odkrywcy. Szedł z pękiem kluczy i coś do siebie mówił pod nosem. Podszedł do baszty i zaczął mocować się z kłódką do żelaznej bramy.
Kątem oka zobaczyłem jak nieznajomi błyskawicznie wycofują się cichaczem z ruin zamku, zapewne niezadowoleni, że ktoś pokrzyżował im plany. Zdążyłem jeszcze zauważyć w świetle księżyca, że oboje byli szczupli i mieli wysportowane sylwetki – mężczyzna średniego wzrostu, a kobieta drobnej budowy; spod czapki wystawał jej długi kasztanowy warkocz. Niemal bezszelestnie oddalili się z planu akcji poruszając się zwinnymi ruchami pająka na lekko ugiętych kolanach. Wyglądali na zawodowców…
Tymczasem Zbyszek wszedł do wieży. Mieliśmy teraz okazję odejść niezauważeni z ruin zamku. – To jednak ryzykowne – pomyślałem. – Co jeśli znowu natkniemy się w lesie na zagadkową parę? Nie powinni wiedzieć, że ktoś ich obserwował… Kto wie, może lepiej zostać i zagadać z historykiem? I tak już dawno miałem ochotę wdać się z nim w pogawędkę o lanckorońskich tajemnicach… Niewykluczone, że będzie to nawet wskazane ze względu na nasze śledztwo? – zastanawiałem się w duchu, a w głowie krążyło mi tysiąc myśli na sekundę. Szepnąłem do ucha panu Foxowi o swoim pomyśle. Lis przytaknął i pomalutku wyszliśmy z kryjówki. Pan Zbyszek usłyszawszy kroki wyglądnął z baszty i… upuścił kłódkę… z wrażenia.
– Nie do wiary… – wyszeptał. – Ty Dolibuku jednak istniejesz? – zamrugał oczami, po czym przecierał je kilka razy.
Myślałem, że pęknę ze śmiechu, jednak ze względu na powagę sytuacji postanowiłem zachowywać się bardzo dostojnie.
– Tak, jestem Dolibuk, a to mój gość z Anglii: Sir Fox – ukłoniliśmy się pięknie, równiutko ściągając kapelusze.
– Słyszałem o tobie Dolibuku. Jesteś już niemal nową lanckorońską legendą. Witaj w Lanckoronie szanowny panie Fox. Jestem Zbigniew, lanckoroński przewodnik – odkłonił się nieśmiało. – Co was tu sprowadza?
– Może ja wytłumaczę – wyrwał się Talbot widząc po mojej minie, że mam dylemat jak rozpocząć rozmowę. – Otóż drogi Sir Zbigniew. Jestem tu na zlecenie angielskiej policji. Ścigamy międzynarodową szajkę złodziei dzieł nauki i sztuki. Mamy powody przypuszczać, że znajdują się teraz w Polsce, a nawet jest bardzo prawdopodobne, że w okolicy Lanckorony. Ma to poniekąd… hmm…związek… z domniemanym skarbem ze starej fotografii… – Lis uważnie obserwował reakcję pana Zbyszka. A ten robił coraz większe oczy. Uśmiechnąłem się do siebie – Pierwszy raz lis użył słowa „skarb”, tak jakby wcześniej bał się nazwać całą akcję po imieniu – pomyślałem z przejęciem. – Ulala! W końcu staliśmy się „poszukiwaczami skarbów”!
– Zaraz, zaraz… dwa dni temu oprowadzałem wycieczkę w muzeum. W grupie turystów była para, która przedstawiła się jako francuscy naukowcy mający polskie korzenie i zajmujący historią Europy Środkowej z epoki romantyzmu. Wypytywali mnie o zamek, tajne przejścia podziemne łączące twierdzę i rynek oraz oczywiście o skarby. Takie typowe pytania większości osób zwiedzających nasze muzeum i wybierających się na ruiny. Nie wydało mi się nic dziwnego w ich zachowaniu. Jednak zaraz po tej wizycie zginęła mi teczka z kopiami starych dokumentów i map zamku. Piszę rozdział do książki historycznej i pomyślałem sobie, że materiały mogłem zostawić z roztargnienia w wieży. A że dopadła mnie przedwiosenna bezsenna noc, przyszedłem dzisiaj na ruiny, żeby to sprawdzić.
– I znalazł pan swoją teczkę? – zapytałem.
– Niestety tutaj też jej nie ma, bardzo mnie to martwi. Bez materiałów szybko nie skończę pracy… – pan Zbyszek posmutniał. – Ale w czym mogę wam pomóc, czy do czegoś się przydam takim niezwykłym gościom? – zapytał przejęty.
Popatrzyliśmy na siebie z Taboltem porozumiewawczym wzrokiem, normalnie jakbyśmy czytali sobie w myślach. Pokrewieństwo dusz czy co? – pomyślałem i lekko się uśmiechnąłem. Fajnie rozwiązuje się zagadki z kompanem, którego się polubiło od pierwszego spotkania. Zresztą sami dobrze wiecie jak ważne jest dobre i szczere towarzystwo w życiu;-)… Byliśmy zgodni, że trzeba pana Zbyszka wtajemniczyć w naszą misję. Usiedliśmy w wieży na drewnianej ławeczce, mocno podniszczonej przez wilgoć i czas, wyjąłem z kieszeni termos z czekoladą i chili, którą zawsze noszę przy sobie i popijając gorący napój – najpyszniejszy na świecie – przedstawiliśmy mu obraz całej sytuacji, napomknąwszy także o tajemniczych nocnych gościach na Lanckorońskiej Górze. Zbyszek zamyślił się na dłuższą chwilę. – Od dekad nie kręcili się tu żadni poszukiwacze skarbów. Jedynie grupa archeologów robiła w ubiegłym roku dokumentację i plany zamku z różnych epok historycznych – odparł.
– Panie Zbyszku, a co powiedział pan dokładnie tym Francuzom o zamku i skarbach? – zapytałem. – Wspomniałem im legendę o podziemiach zamku oraz napomknąłem, że wiele opowieści o tajnych zakamarkach twierdzy wiązało się właśnie tą basztą, w której teraz jesteśmy. Ruiny były już eksplorowane wielokrotnie – przez naukowców, a wcześniej przez różnych prywatnych poszukiwaczy. Krążyły fantastyczne opowieści o zamkowym skarbcu ukrytym w kuchennej studni… Współcześnie nie spotkałem się z informacją o odnalezionych skarbach, tak jakby wszystkie zagadki na zamku zostały już dawno rozwiązane. Ciekawe, że na waszej fotografii także pojawia się ta zamkowa baszta… – zamyślił się… – Słuchajcie moi drodzy, może spotkamy się po południu w muzeum i przeglądniemy razem archiwum? Tutaj chyba nic więcej na razie nie zdziałamy, a wypadałoby się troszkę zdrzemnąć… Przytaknęliśmy i wszyscy w trójkę zaczęliśmy jednocześnie ziewać.
Świtało, las przestawał być już tak mroczny i rozśpiewał się melodiami kosów, pierwiosnków, sikorek i innych rannych ptaszków. Zaprowadziłem Foxa Talbota do drewnianej willi – zabytkowego pensjonatu, gdzie miał zarezerwowany nocleg służbowy. Nie wiem czy celowo czy przez przypadek, Fox wybrał willę o nazwie „Zamek”. – Tak właśnie powinniśmy także nazwać naszą zagadkową akcję! Akcja poszukiwania skarbu – kryptonim „Zamek”.
Dom otoczony był baśniowym ogrodem, z balkonami spoglądającymi na beskidzkie pola, doliny, sady i lasy. Niezwykle prezentował się o wschodzie słońca, otulony mgłą, ukryty pośród oszronionych drzew i krzewów. Zaprowadziłem Foxa do pokoju nr 11. Była to maleńka izba na drugim piętrze niemal pod skrzydłami dachu. Na ścianie wisiał rysunek ruin lanckorońskiego Zamku, zapewne pamiątka po jednym z plenerów malarskich, na które zjeżdżają do Lanckorony plastycy z całej Polski. Z pokoiku można było wyjść na najwyższy taras willi, usiąść przy kominie i delektować się najbardziej niezwykłym widokiem na ziemi. Faliste linie pól, łąk, lasów i beskidzkich szczytów namalowane zostały farbą z obłoków, gasnącego blasku księżyca i promieni wschodzącego słońca. Czuło się jakby było się tutaj bliżej nieba, niemal można było dotknąć księżyca i powolutku znikających – wraz z odejściem nocy – gwiazd. Wszystko było tu idealnie harmonijne, jakby natura i kultura zawarły przymierze do końca świata.
– To ten słynny widok z balkonu willi w Lanckoronie z piosenki Marka Grechuty – uśmiechnąłem się z rozmarzeniem w oczach. – Już czas na mnie lisku, odpocznij i do zobaczenia na popołudniowej herbatce w muzeum – pomachałem na pożegnanie.
– Yes Sir, 5 o’clock! – ukłonił się z gracją Talbot.
NARADA W MUZEUM
Przedwiosenne dni wciąż jeszcze były krótkie. O godzinie siedemnastej już powolutku zachodziło słońce. W muzeum iskrzyło się światełko, pan Zbyszek już tam musiał wertować swoje archiwa i książki. Spostrzegłem Talbota wędrującego w dół Rynku z wrodzoną sobie elegancją. Latarenki w uliczkach rozświetliły się, a Sir Fox wyglądał w tej aurze naprawdę zjawiskowo, jakby urwał się z pięknej bajki. – To niesamowite mieć takiego towarzysza przygody! – pomyślałem przejęty. Do Izby Muzealnej, mieszczącej się w zabytkowym drewnianym, bielonym domu, weszliśmy razem. Szeroka, mieczowana brama zaskrzypiała. Pamiętam jak przewodnik opowiadał, że budynek ten jako jedyny uchował się z pożaru na lanckorońskim Rynku w 1869 roku.
Zbyszek uśmiechnął się na nasz widok i zaprosił do stołu, gdzie w czajniczku już parzyła się ziołowa herbata. Zapachniało lipą z miętą i sokiem malinowym.
– Usiądźcie kochani. Nie uwierzycie co mi się dzisiaj przydarzyło. Kiedy wracałem do domu, na ławce przy kalwaryjskiej dróżce leżała moja teczka z mapami. Była do niej przyczepiona karteczka z napisem: „Znalazca proszony o oddanie do Izby Muzealnej w Lanckoronie” i inicjały F.T i M.T.
– No nie, to już jest bezczelność, nie dość, że próbują nielegalnie coś odnaleźć na zamku, kradną panu mapy, to jeszcze przybrali sobie kryptonimy Foxa i Matyldy. I dosłownie depczą nam po piętach! – zawołałem oburzony. Mamy mało czasu.
– Zgadzam się Dolibuku – odrzekł ze spokojem Fox. – Ale nie możemy ulegać emocjom. Trzeba wytężyć umysły i skupić się na odczytaniu tekstu ze zdjęcia. Musimy działać z zaskoczenia, zwłaszcza, że nic o nas nie wiedzą. Wiemy, że dzisiaj w nocy ponowią eskapadę na ruiny… – dodał.
– Skąd to wiemy drogi lisie? – zapytałem zdziwiony.
– Słuchajcie, od tego powinienem zacząć… Nie uwierzycie jak wam powiem, że na śniadaniu w willi przy sąsiednim stoliku usiadła para turystów do złudzenia przypominających naszych tajemniczych gości z ruin. Rozpoznałem ich po głosie i ten melodyjny francuski akcent… Zachowywali się jak para zakochanych w podróży. Rozmawiali o alejkach spacerowych na Górze Lanckorońskiej i o planach na najbliższe dni. Gdybym wcześniej ich nie spotkał, byłbym pewien, że to zwyczajni turyści, którzy przyjechali, by zaczerpnąć świeżego powietrza na łonie natury i poczuć artystyczną atmosferę Lanckorony. I najlepsze – powiem wam teraz – usłyszałem, że planują dzisiaj „romantyczny” spacer na ruiny Alejką cichych szeptów, o północy… o mało nie udławiłem się bułką z białym serem jak to powiedzieli… – zażartował lis. – Jak pan myśli – Fox zwrócił się teraz do Zbyszka. – Po co im były te pana mapy?
– Właśnie nie powiedziałem wam najważniejszego. Z teczki zginęła jedna mapa (na szczęście była to kopia, a nie oryginał). Chodzi o plan zamku z czasów konfederatów. Podobno w tym czasie na ruinach grasowało najwięcej złodziejaszków – tak zwanych poszukiwaczy skarbów, ale ja ich nazywam rabusiami, bo nie wiemy ile cennych dla nauki fragmentów zamku mogli zniszczyć i rozebrać w tym czasie. Na planie naszej fortecy ktoś (podejrzewam, że był to Teofil Korzeniowski, żyjący na przełomie wieków XIX i XX, który spisywał dawne opowieści i legendy z Lanckorony) zaznaczył miejsca, gdzie mogły znajdować się tajne wejścia do podziemi zamku. Zgodnie z legendą wejście główne było w studni zamkowej kuchni, ale w tym czasie była już dawno zasypana. Teofil, którego rękopisy znaleziono po latach ukryte w starym kredensie w Krakowie, podejrzewał widocznie, że musiały być także inne tajne wejścia do podziemi i zaznaczył je planie. Jednym z nich była wschodnia ściana naszej baszty ze zdjęcia. Popatrzcie – byłem dziś w Krakowie w Muzeum Etnograficznym i zdobyłem nową kopię mapy z zapiskami Teofila.
– W takim razie już wiemy, czemu tajemnicza para kręciła się przy tej wieży – powiedziałem ze smutkiem w głosie. Są krok przed nami do rozwiązania zagadki. Możemy nie zdążyć…
– Ależ Dolibuku, nie poddawaj się tak łatwo – zawołał sir Fox. Gdzie się podział twój wrodzony optymizm i duch przygody? Potrzebujemy teraz siły twojego analitycznego umysłu… i więcej wiary w siebie – drogi przyjacielu! Popatrzmy raz jeszcze na szyfr i uzupełnijmy odgadnięte fragmenty hasła.
ZASZYFROWANA ŁAMIGŁÓWKA
Lacock.1834/Fox Talbot/M.T.F.T.=XXFN/Matylda Talbot/Lanckorona.1934
Nastała chwila ciszy. Cała nasza trójka zaczęła wpatrywać się w tekst. Nie miałem wątpliwości – intuicja podpowiadała mi, że mamy do czynienia z zagadką Madame Matyldy Talbot! Pozostał nam do odgadnięcia środek szyfru, najtrudniejszy fragment.
– Przepraszam za chwilę zwątpienia kochani! – powiedziałem i wyciągnąłem swoje notatki. Otóż, prawdopodobnie znak równości oznacza, że środek hasła został zapisany podwójnym szyfrem. Po odgadnięciu dwóch stron równania będziemy mieli pewność, że zawierają tę samą wskazówkę i nie popełniliśmy błędu. Wydaje mi się, że łatwej odgadnąć prawą stronę. Tutaj sobie na marginesie nawet zaznaczyłem, że może to być znowu liczba – pisana rzymskimi cyframi XX – czyli dwadzieścia. Jeśli tak, to kolejne litery mogą oznaczać nazwę jednostki miary oraz kierunek. Ponieważ u Was na Wyspach Brytyjskich odległości mierzymy w stopach – czyli „feet”, to literka F może właśnie oznaczać stopy.
– A literka „N” – kierunek… – zamyślił się Fox, czyli „północ” oznaczaną na całym świecie literą N (North).
– Czyli mielibyśmy 20 stóp w kierunku północy! – zawołał Zbyszek.
– Jedna stopa to około 30,48 cm, czyli 20 stóp daje nam ponad 600 cm, co czyli 6 metrów z hakiem… – obliczyłem szybko popisując się swoją matematyczną błyskotliwością.
– W takim razie teraz potrzebujemy wydedukować odkąd trzeba liczyć te sześć metrów na północ. Jaki jest punkt odniesienia – zamyślił się pan Zbyszek. – Trudniej będzie odgadnąć hasło po lewej stronie równania, ale liczę na Waszą erudycję i znajomość języków obcych – zachęcił.
– Dokładnie drogi przyjacielu! Języki obce! Słowo klucz na teraz. Skupmy się zatem na języku angielskim, bo skoro Madame Matylda podaje nam odległość w stopach, to sugeruje, że hasło jest także w języku angielskim. Spróbujmy pogłówkować, jakie słówka kryją się pod tymi literami. Jak ja to uwielbiam! – krzyknąłem i podskoczyłem rozentuzjazmowany na krześle a wraz ze mną turkusowy kapelusik.
– Zobaczcie – powiedział lis. To są takie same litery jak w inicjałach Foxa i Matyldy, tylko odwrócone. Kiedyś rozwiązywałem szyfr oparty na podobnych zasadach i okazało się, że należy go czytać w dwie strony. Mielibyśmy wtedy do odgadnięcia nie 4, ale 8 wyrazów zaczynających się od liter M.T.F.T a następnie czytanych wspak – czyli T.F.T.M. Macie jakieś skojarzenia? – zapytał.
– Pierwsze co przychodzi mi do głowy, a ma związek z zamkiem, to angielskie słowa na T. – takie jak „tower” (wieża) albo „treasure” (skarb), albo jedno i drugie. – uśmiechnąłem się. Na przykład M.T.F.T mogłoby oznaczać: „My Tower Find Treasure” (moja–wieża–znajdź skarb), albo „My Treasure Find Tower” (mój–skarb–znajdź–wieżę). Czyli mniej więcej chodziłoby o to samo. Ponieważ dama ze zdjęcia opiera się o wieżę, to sugeruje nam dobitnie, że skarbu należy szukać w tej okolicy.
– Jesteś genialny Dolibuku! Twoja interpretacja się broni, ale jednak wciąż nie możemy dać znaku równości pomiędzy prawą i lewą stroną działania – słowa: „mój skarb – znajdź wieżę” nie są wciąż tożsame z: „20 stóp na północ” – lis podrapał się za uchem.
– Zgadza się lisku. Jednak pamiętajcie, że mieliśmy także odgadnąć znaczenia liter wspak, czyli teraz weźmy się za T.F.T.M.
– Oczywiście. A co powiecie na to, gdyby T.F. oznaczało „twenty feet”, czyli nasze „20 stóp” – powiedział triumfalnie Fox.
– Brzmi całkiem sensownie, tylko za nic nie mogę wymyślić co dalej. Co z tym T.M… – zamyśliłem się.
– Musiałaby być znowu gdzieś ukryta sugestia kierunku północnego – N, ale nie mamy litery N w tej części hasła – zauważył Fox. Czy znacie jakieś inne określenia na „północ” w języku angielskim?
– Zaraz, zaraz – zawołał Zbyszek sięgając po encyklopedię geograficzno-historyczną. Słuchajcie, w naszym języku „północ” oznacza także środek nocy, godzinę 0:0, a po angielsku to „midnight”. Kiedyś o tym czytałem i zaraz wam pokażę co mi się przypomniało. – zawołał. O jest – posłuchajcie: „Na północnej półkuli słowo północ określające godzinę 0:0, czyli 24:00 ma prastary geograficzny związek z północnym kierunkiem świata”. Dlatego pomyślałem sobie, że oczytana pani Matylda znalazła inne, dawne określenie na północ – „north”, czyli „midnight”. – pan Zbyszek był bardzo z siebie siebie dumny. Faktycznie jego wywód zrobił na nas wrażenie! To była fantastyczna chwila!
– W takim razie mamy coś takiego moi drodzy odkrywcy zagadek świata:
„Twenty feet to Midnight”, czyli „20 stóp do północy”, a zatem popatrzcie na nasze odszyfrowane hasło – powiedział sir Fox:
Lacock.1834/Fox Talbot/
Mój (M) skarb (T) – znajdź (F) wieżę (T) = 20 f N
dwadzieścia (T) stóp (F) do (T) północy (M)
/Matylda Talbot/Lanckorona.1934
– Oczywiście zauważcie, że na zdjęciu pani Matylda stoi na skraju wieży patrząc na południe. Zatem północ będzie za jej plecami. I tam należy szukać talbotowej niespodzianki – podsumowałem radośnie naszą fascynującą dyskusję.
– I teraz popatrzcie moi drodzy na plan twierdzy – odparł Zbyszek. Teofil Korzeniowski już na początku ubiegłego wieku zaznaczył w tym miejscu prawdopodobne wejście do podziemi zamku. To niesamowite… – zamyślił się.
– To co! Bierzmy sprzęt i ruszamy na Zamek! – zawołałem.
– Kochany Dolibuku. Znowu poddajesz się emocjom chwili zamiast myśleć racjonalnie. Owszem, jest szansa, że odkryjemy skarb. Ale to byłaby tylko połowa mojej misji. Przecież ja muszę dowiedzieć się kim są złodzieje eksponatów z naszego muzeum i odzyskać nasze dzieła nauki! Jeśli sami znajdziemy ten skarb, to nigdy nie złapiemy złoczyńców! – powiedział nieco uniesionym głosem sir Fox.
– Pozostaje nam przyłapać ich na gorącym uczynku i … pozwolić im pierwszym odkryć zagadkę Matyldy – zasmuciłem się nieco. Pan Fox miał rację. Liczyły się cele wyższe niż zaspokojenie samej żądzy przygody.
DETEKTYWI W AKCJI
Zaufaliśmy doświadczeniu Sir Foxa. W końcu nie bez przyczyny angielska policja z hrabstwa Wilshire powierzyła mu tę zaszczytną misję. Przed nami szykowała się perspektywa kolejnej bezsennej nocy. Ale tak wielka dawka adrenaliny nie pozwoliłaby nam zmrużyć oka. Zabrałem Foxa do domu na kolację, żeby znowu mi nie zasłabł i nie zbladł. Pewnie się domyślacie, że zjedliśmy racuchy z jabłkami z lanckorońskich sadów. Misja, misją, ale pewne rytuały życiowe trzeba pielęgnować. Po kolacji napiliśmy się czekolady, z odrobiną chili, ma się rozumieć, i ucięliśmy sobie małą drzemkę. Zaprosiłem Foxa na mój zaczarowany fotel bujany. Potem twierdził, że śniło mu się jak śpiewał arie operowe, a na fortepianie akompaniowała mu Matylda Talbot. Nie było czasu, by mu teraz wyjaśniać historię fotela (prześlę mu do poczytania moją przygodę pt. „Zaczarowany fotel”), a muzyczną historię napiszę wam kiedyś przy innej okazji(obiecuję!). O jedenastej wieczorem mieliśmy już być na Górze Zamkowej. Ze Zbyszkiem umówiliśmy się obok altanki u stóp ruin. Na wszelki wypadek woleliśmy nie zbliżać się do Zamku, chociaż bardzo nas kusiło, żeby odmierzyć te 6 metrów na północ. Znaleźliśmy sobie kryjówkę w takim zapadlisku u stóp ruin. Zabrałem ze sobą gruby wełniany koc od kuzynki ze Szkocji, żebyśmy nie zmarzli podczas finałowej akcji. Musieliśmy teraz uzbroić się w cierpliwość i czekać na rozwój wypadków.
Wybiła północ – tylko wiatr nic sobie nie robił z ciszy i hulał na zamkowej Górze, było już dość ciepło jak na tę porę roku, żadnych śladów po śniegu, który jeszcze wczoraj pokrywał uśpiony przez zimę świat. Jakieś pięć minut po dwunastej zobaczyliśmy ich obok baszty. Byliśmy za daleko by usłyszeć o czym rozmawiają. Ciekawe czy udało im się odgadnąć szyfr ze zdjęcia czy też kierują się jedynie wskazówkami ze starej mapy skradzionej z muzeum – zapytałem sam siebie. Chciałem wierzyć, że tylko my posiedliśmy wiedzę przebojowej Matyldy. Tak jakby specjalnie do nas kierowała swój uśmiech ze zdjęcia…
Światło księżyca, niczym reflektor, oświetlało teatralną scenę jaką jawiła się teraz Góra Zamkowa. Przed nami rozgrywała się kulminacyjna część przedstawienia.
Nasza kryjówka była dobrym punktem obserwacyjnym. Zasłaniał nas cień wieży zamkowej oświetlonej blaskiem księżyca. Ja i sir Fox mogliśmy stąd bezpiecznie kontrolować sytuację. Zbyszek siedział skulony w niewygodnej pozycji. Z racji swojego wzrostu trudniej mu było schować się w ruinach. Był ze dwa razy wyższy niż my razem wzięci.
Zjawili się przy wieży niemal bezszelestnie parę minut po północy. Zdjęli plecaki. Z jednego wyjęli składane łopaty, z drugiego … kamerę, lampę i statyw filmowy. Przetarłem oczy ze zdumienia. Bardziej spodziewałem się w ich rękach broni niż filmowych akcesoriów. Wyjęli też kartkę, która jak się domyślacie była mapą ruin ze zbiorów muzealnych. – Zrobimy podkop wzdłuż całej ściany baszty – powiedział po francusku mężczyzna. – Ty rozstaw sprzęt i włącz tryb nagrywania. Musimy sfilmować całą akcję, inaczej nam nie zapłacą. Gdzieś tutaj musi być wejście zaznaczone na mapie – dodał.
Popatrzyliśmy na siebie z Foxem z maleńkim triumfem w oczach. (Zapewne domyślacie się, że jako pasjonaci języków obcych i podróżowania rozumieliśmy francuski: Talbot był poliglotą, a ja, nieskromnie przyznam, że mam talent do przyswajania i rozumienia różnych języków). Stało się dla nas obu jasne, że nie złamali całego szyfru Matyldy i w pewnym sensie poczuliśmy satysfakcję prawdziwych detektywów. Chociaż trzeba się było pogodzić z tym, że to nie my pierwsi odnajdziemy skarb…
Nagle stała się rzecz, której nasz scenariusz nie przewidywał. Nocną ciszę przerwało siarczyste kichnięcie. Sir Zbigniew zaniósł się tak głośno, że echo poniosło hałas przez całą górę i las, hen aż na Rynek. Tajemniczy duet zamarł na chwilę, po czym nerwowo zaczął się rozglądać. Ich wzrok zatrzymał się na naszej kryjówce. Zaczęli się do niej zbliżać wolnymi kocimi ruchami. Wymieniliśmy z Foxem porozumiewawcze spojrzenia. Lis poprawił kapelusz i energicznym krokiem wyłonił się z ukrycia.
– Stać! – zawołał pewnym głosem. – Tu policja z Wilshire.
Goście znieruchomieli. – Cooo za zbieg okoliczności, proszę daaać naaam wyjaśnić – powiedziała zmieszana dziewczyna przeszywając lisa przenikliwym spojrzeniem.
– Kim jesteście? – zawołałem groźnym głosem i aż sam się zdziwiłem tym, że tak złowrogo zabrzmiałem. Bo jak wiecie jestem typem pokojowo nastawionym do świata. Jednak tej nocy poniosły mnie emocje. A ze złodziejami miałem ostatnio do czynienia jakieś 123 lata temu.
– My… – zaczął mężczyzna … my, pracujemy dla… francuskiej wytwórni filmowej… Zaraz wam wszystko wyjaśnimy – odparł łamiącym się lekko głosem, w którym już nie było słychać wcześniejszej pewności siebie…
– Liczymy na to – odpowiedział surowo Fox. Jeden telefon i przyjedzie tu kordon lokalnej policji!
– Nazywam się Margot Tautou, a to mój brat François Tautou – przedstawiła się po polsku dziewczyna z melodyjnym francuskim akcentem. – Mamy polskie pochodzenie, babcia nauczyła nas języka polskiego – uśmiechnęła się w kąciku ust. Jesteśmy filmowcami i aktorami… przyjechaliśmy do Lanckorony z Paryża, żeby wykonać zadanie zlecone nam przez producenta filmów i kolekcjonera dzieł sztuki fotograficznej…
– A czy ten wasz tajemniczy zleceniodawca ma coś wspólnego z kradzieżą w Lacock? – zapytał lis z odrobiną sarkazmu w głosie. W końcu przyjechał tu z misją odzyskania zaginionych artefaktów do swojego muzeum.
– Posłuchajcie najpierw naszej historii… Ma ona związek z pamiętnikiem Madame Matyldy…
Sir Talbot nasunął mocniej kapelusz na czoło, żeby nie było widać, że oczy zaczynają mu się świecić z emocji… Mi z kolei wyskoczyły wypieki na policzkach. Nie spodziewałem się takiego rozwoju wypadków… Zbyszek siedział cichutko jak mysz pod miotłą wciąż targany wyrzutami sumienia.
– Proszę mówić – oświadczył oficjalnym tonem Fox.
– Zacznę od tego – kontynuowała Margot, że wszystkie eksponaty, które zniknęły z Muzeum Talbota znajdują się w bezpiecznym miejscu u naszego mocodawcy w dzielnicy Montmartre w Paryżu i zostaną niezwłocznie zwrócone po naszym powrocie. Wraz z nimi przekaże on na rzecz Muzeum Talbota znaczną sumę pieniędzy celem wsparcia nowych ekspozycji i projektów kulturalnych oraz podaruje muzeum rękopis Madame Matyldy.
– Nie ujdzie mu to na sucho. Moja policja zajmie się później waszym tajemniczym producentem filmowym, a także zabezpieczy skarb, który zaraz – mam nadzieję – wspólnie znajdziemy… – dodał Sir Fox poważnym tonem. „Faktycznie, z wrażenia całkiem zapomnieliśmy o skarbie. Ostatnia część zagadki czekała wciąż na rozwiązanie” – pomyślałem w duchu i uśmiechnąłem się do swojej myśli o tym, że ja to mam ciekawe życie…
– Otóż, nasz szef od dłuższego czasu pracował nad filmem o historii fotografii. Gromadząc informacje i przeprowadzając wywiady do filmu stał się właścicielem pamiętnika Matyldy Talbot. Jak zwykle w jego życiu było to szczęśliwe zrządzenie losu. Właściciel londyńskiego antykwariatu i kolekcjoner starych zdjęć, sprzedał mu secesyjną toaletkę, która – jak twierdził – pochodziła z opactwa w Lacock. I wyobraźcie sobie, że we wnętrzu szufladki, w jej ukrytym drugim dnie, znajdował się ten rękopis… Był to pamiętnik Madame Matyldy Talbot, w którym opisała swoją podróż przez Europę Środkową w 1934 roku… Posłuchajcie proszę Madame Talbot… Pamiętnik został przetłumaczony na język francuski i polski.
PAMIĘTNIK MATYLDY
7 lipca, 1934 roku
Podróż z Wiednia do Cieszyna zajęła mi prawie jedenaście godzin. Upał był niemożliwy, ale spędziłam czas w miłym towarzystwie dwóch czeskich dżentelmenów i szykownej austriackiej damy. Pasażerowie Kolei Północnej Cesarza Ferdynanda mieli do dyspozycji wagon restauracyjny ze wspaniałą muzyką i mnóstwem gier towarzyskich. W Cieszynie odebrałam z drukarni moją książkę o wynalazkach Talbota przetłumaczoną na język polski. Potem krótki przystanek w Bielsku i kawa w malowniczych podcieniach kamieniczek przy Rynku…, by za chwilę znaleźć się w nowoczesnym wagonie spalinowym luxtorpedy zmierzającej do Krakowa. Co za nowoczesny i elegancki pociąg!
Za dwa dni czeka mnie spotkanie w Krakowskim Towarzystwie Fotograficznym, gdzie wygłoszę wykład o początkach sztuki fotografii. Wprost nie mogę się doczekać! Ma tam się zjawić cała artystyczna bohema tego zabytkowego miasta. Na tę okazję wzięłam ze sobą awangardową suknię i szykowny kapelusz, który kupiłam w Paryżu.
Wiozę też kilka odbitek fotograficznych Talbota z naszego muzeum w Lacock oraz dwa jego pamiątkowe aparaty. Pamiętam, że dziadek Wiliam miał ich dziesiątki. Leżały porozkładane po całym domu, a służyły mu do różnych eksperymentów. Babcia Constance nazywała je „mousetraps”… mysimi pułapkami. Były to takie małe drewniane puzderka z mosiężną rurką, w której dziadek na jednym końcu umieszczał soczewkę, a na drugim przesuwaną drewnianą płytkę. Do tylnej części tej drewnianej płytki przyklejał kawałek zwykłego papieru do pisania, który uprzednio poddawał odpowiedniej obróbce chemicznej, tak, żeby papier był wrażliwy na światło. Naświetlenie jednego zdjęcia taką mysią pułapką trwało kilka godzin. Dziadek budował je nawet z opakowań po cygarach. Z czasem zatrudnił miejscowego stolarza z Lacock do konstruowania bardziej trwałych pudełek, w których mógł umieszczać soczewki wyjęte z różnych mikroskopów i teleskopów. Pomysłów dziadkowi nie brakowało… Ciągle coś mierzył, liczył i zapisywał. Chętnie angażował mnie do pomocy. Czułam się ważną częścią jego naukowych eksperymentów… Z nikim innym nie potrafił tak blisko pracować. Żył w swoim świecie, ot romantyczny wynalazca chodzący z głową w chmurach…
***
Moje życie jest nieustannie pełne przygód i zwrotów akcji. Tak było też tym razem. Otóż nagle i niespodziewanie nasza luxtorpeda zaczęła ostro hamować. Wyglądnęłam przez okno. Zatrzymaliśmy się na stacji Kalwaria Zebrzydowska-Lanckorona. Po peronie, nieco przysłoniętym dymem spalinowym, biegali zdenerwowani konduktorzy. Okazało się, że mamy awarię silnika i nie możemy jechać dalej. Zwiadowca stacji w bordowej czapce rogatywce i troszkę za dużych binoklach, uprzejmie poinformował nas przez megafon, że wszyscy pasażerowie zostaną przewiezieni na nocleg do pobliskiego letniska. Nazywa się Lanckorona. Czekamy na przybycie konnych bryczek. Muszę spakować moje walizki i kufry. Później wrócę do Ciebie mój kochany Dzienniku, najlepszy towarzyszu podróży.
Owo letnisko Lanckoroną zwane okazało się niezwykłe: spadzisty kwadratowy Rynek, przy którym przycupnęły drewniane domki, wprost nieziemskie widoki na pofałdowane wzgórza i łąki, wszędzie pełno kwiatów w ogródkach. Zakwaterowano nas w Willi Tadeusz, bajkowo położonej w otoczeniu lasu, u stóp Góry Lanckorońskiej. Od razu wybrałam się na spacer po miasteczku. Ma w sobie jakąś magię, trudno to jednoznacznie określić, takiego jakby ducha artystycznego i pewną malarskość, a właściwie powinnam napisać: fotogeniczność. Słońce jakoś inaczej tu operuje. Przydaje się mój Minnigraph – aparat fotograficzny przywieziony z Berlina. Na szczęście wzięłam ze sobą zapas kasetek z filmami 35 mm. Ach! W Lanckoronie można by było ich zużyć niezliczoną ilość!
***
Moje fotograficzne wędrówki w zachwycie nie umknęły uwadze pewnego dżentelmena, który siedział na ławeczce przy Rynku z dużą teczką. Zagadnął mnie i przedstawił się jako Teofil Korzeniowski z lanckorońskiego magistratu. Był szczupłym mężczyzną o łagodnych rysach twarzy z charakterystycznymi zakręcanymi, krótko przystrzyżonymi wąsami. Zamieniliśmy kilka słów i szybko poczuliśmy pokrewieństwo dusz. Sir Teofil zaproponował mi spacer na ruiny zamku. Po drodze opowiedział miejscową legendę o podziemiach, które łączyły zamek z Rynkiem i o tajnych wejściach do nich. Miał ze sobą nawet mapę, na której zaznaczył owe tajemne przejścia. Podczas spaceru przyszedł mi do głowy pewien, dość osobliwy pomysł, którym podzieliłam się z Teofilem i poprosiłam go o pomoc. Potrzebowałam niedużą drewnianą skrzynkę, która pomieści kilka przedmiotów, oraz szpadel. Umówiliśmy się przy ruinach wieczorem, jeszcze przed zachodem słońca. Letnie dni były wciąż jeszcze długie.
***
W tym pamiętniku zdradzę tylko część tajemnicy. Drewnianą szkatułę wraz z zawartością, o której wiemy tylko my z Teofilem, ukryliśmy w ruinach zamku. Skarb odnajdzie ten, kto rozszyfruje naszą zagadkę:
L.MDCCCXXXIV/F. T./M.T.F.T.=XXFN/M.T./L.MCMXXXIV
Teofil zrobił mi też pamiątkowe zdjęcie przy ruinach. Będzie ono dodatkową wskazówką dla poszukiwaczy skarbu! Ciekawe kto i kiedy rozwiąże naszą łamigłówkę…
ZAGADKA STAREJ FOTOGRAFII
Tutaj Margot zatrzymała się na dalszym czytaniu pamiętnika. – Madame Talbot chyba nie spodziewała się, że stanie się to dopiero za niemal 100 lat… – dodała. Przyznacie, że barwnie pani Talbot opisuje swoje przygody.
– Matylda miała talent literacki… to była wspaniała kobieta o wielkiej wyobraźni – westchnął Fox. – Zostawiła nam wiele zagadek z ukrytymi pamiątkami po Talbocie. Muzeum pełne jest tych zachowanych przez nią i później odnalezionych artefaktów… Teraz nie pozostaje nam nic innego jak tylko odkrycie największej z jej tajemnic. Proszę, wszyscy mnie teraz uważnie posłuchajcie. Jako przedstawiciel Muzeum Wiliama Foxa Talbota przejmuję dowodzenie nad akcją. Poproszę teraz Dolibuka o przedstawienie wszystkim szczegółów na temat rozszyfrowanego przez nas hasła.
Na prośbę Sir Foxa przedstawiłem w skrócie wyniki naszego dochodzenia. Francuscy filmowcy byli pod dużym wrażeniem. W końcu to nam udało nam się rozwikłać enigmę1 Madame Matyldy Talbot! Przeprosili pana Zbyszka za niefortunny dowcip z „pożyczeniem” jego map. To faktycznie nie był udany żart, ale nie mogli się powstrzymać. Zauważcie, że ich inicjały są identyczne z inicjałami Matyldy i Wiliama Foxa Talbota… M.T. i F.T.
– Teraz przechodzimy do akcji poszukiwawczej – oznajmił lis. Wyrażam zgodę na filmowanie całego przedsięwzięcia. Rozstawcie sprzęt i zaczynamy liczyć kroki. Sir Zbyszek, proszę się przygotować do odmierzenia 20 stóp w kierunku północy.
Zbyszek stanął niemal na baczność i dziarskim krokiem, wdzięczny za powierzenie mu zadania, zaczął odmierzać odległość podaną przez Matyldę i Teofila. Na wszelki wypadek zrobił to trzy razy, żeby sprawdzić czy się nie pomyliliśmy. Na skinienie Foxa, Margot i François zaczęli kopać we wskazanym przez Zbyszka miejscu. Reszta pomagała odgarniać ziemię z pomocą małych saperek, które zabrał ze sobą przezorny Fox. Były już ze dwa metry głębokości, kiedy natrafiliśmy na coś drewnianego. Były to drzwiczki przypominające coś na kształt włazu. Udało nam się je poruszyć i otworzyć… i nie uwierzycie… naszym oczom ukazały się kamienne schodki. Margot i François rzucili łopaty i porwali kamerę ze statywu, żeby dalszą część akcji filmować już z ręki. Wyjąłem dwie latarki, które zabrałem z domu na prośbę Foxa. Poświeciłem nimi. Jakieś 2,5 m pod nami leżała nieduża drewniana skrzynia obrośnięta pajęczynami. Z podziemi wyleciał przestraszony nietoperz. Był to podkowiec mały, znam te piękne „bestie” z moich podziemnych korytarzy pod lanckorońskim Rynkiem. Chyba obudziliśmy go się ze snu zimowego. Na zimę bowiem ten gatunek przenosi się w miejsca z dużą wilgotnością i stabilną temperaturą powietrza znacznie cieplejszą niż warunki na zewnątrz. Nietoperze te szczególnie lubią hibernować się w starych, opuszczonych fortyfikacjach…
– No to do dzieła Dolibuku. Zejdź po schodach i przynieś nam skarb. – Naprawdę – wprost nie mogłem w to uwierzyć! Sir Fix wyznaczył mi zadanie przyniesienia skrzyni. To ja pierwszy mam dotknąć skarbu? – przez chwilę się zawahałem. – Dalej krasnoludku, przynieś nam niespodziankę Matyldy!
Zszedłem po kamiennych schodkach z ciosanych kamieni. Skrzynia nie była duża, miała zaokrąglone krawędzie i duże ozdobne okucia. Podniosłem ją z łatwością, ważyła mniej niż 10 kilogramów. – Raczej nie ma w niej złota – uśmiechnąłem się na myśl o poszukiwaczach skarbu. Poczułem się nagle jakbym cofnął się w czasie. Wyobraziłem sobie Matyldę i Teofila ukrywających skrzynię w podziemiach. Ach, to musiała być cudowna chwila. Podniosłem głowę. Zauważyłem, że podziemny korytarz prowadzi dalej, ale przejście jest zasypane kamieniami i nawet krasnoludkom byłoby trudno się dalej przecisnąć. To będzie zadanie na kolejną przygodę! Wiedziałem, zawsze wierzyłem, że moja podziemna komnata pod Rynkiem jest połączona korytarzem z ruinami Zamku!
– Wszystko dobrze Dolibuku? – głos Foxa obudził mnie z krótkiego snu na jawie. – Tak, drogi lisku, już się wspinam do was mes chers amis – moi drodzy przyjaciele.
Wreszcie nadszedł ten moment, na który wszyscy czekali. Postawiłem skrzynię przed Foxem. To on powinien ją otworzyć. Lis skinął z szacunkiem głową i powolutku z pomocą saperki podniósł wieko skrzyni. Naszym oczom ukazała się upragniona zagadka Matyldy. Fox z namaszczeniem wyjął z niej dwa pudełkowe aparaty – owe „pułapki na myszy”, o których pisała Matylda. Obok leżała koperta z fotografiami portretowymi dwóch wynalazców fotografii: Wiliama Foxa Talbota oraz Louisa Daugerre’a wraz notatką Madame Matyldy i małym woreczkiem z aksamitnej tkaniny w turkusowym kolorze. Takim niemal kolorze, jak mój dolibukowy kapelusik:
Minęło sto lat odkąd mój dziadek Wiliam Fox Talbot odkrył sposób na utrwalanie i powielanie fotografii. Podobne eksperymenty prowadzili także wynalazcy z Francji, na czele z Louisem Daugerre’em. To dzięki wam, wspaniali geniusze, świat ruszył do przodu, a fotografia stała się nową dziedziną sztuki!
Znalazcę tego skromnego skarbu proszę, by:
Jeden aparat Wiliama Foxa Talbota przesłał do Kolekcji Królewskiego Towarzystwa Fotograficznego w Muzeum Wiktorii i Alberta w Londynie.
Drugi aparat dziadka przekazał do lanckorońskiego muzeum z dedykacją dla Sir Teofila Korzeniowskiego.
Na pokrycie kosztów dostarczenia tych eksponatów zostawiam dziesięć funtów szterlingów z wizerunkiem miłościwie nam panującego króla Jerzego V.
Odkrywca skarbu dostaje na pamiątkę mój rodowy medalion z wizerunkiem Wiliama Foxa Talbota wykuty przez złotnika w Lacock.
Drogi Świecie, Droga Ludzkości, dziękuję za wszelkie naukowe wynalazki. I niech żyje fotografia artystyczna!
Matylda Talbot, Lanckorona, 7 lipca 1934 roku.
Ostrożnie otworzyliśmy aksamitny woreczek. Medalion fantastycznie lśnił w świetle księżyca. Miał złoty łańcuszek, a z tyłu wygrawerowane inicjały F.T. oraz daty 1834-1934. Wydawało nam się, że Wiliam Fox Talbot tajemniczo uśmiecha się do nas ze zdjęcia. Lis wziął go przejęty do ręki, po czym zwrócił się w moją stronę.
– Dolibuku! Nasz lanckoroński odkrywco zagadek, geniuszu wśród krasnoludków świata. Pozwól, że udekoruję Cię tym oto złotym medalionem – niczym prawdziwym medalem – w dowód wdzięczności za twoją odwagę i inteligencję oraz nieoceniony wkład w historię fotografii.
Koniec
***
Post scriptum
Film o historii fotografii ukazał się w kinach latem kolejnego roku. Oglądałem go z ukrycia, kiedy był wyświetlany na lanckorońskim Rynku podczas festiwalu Romantyczna Lanckorona. Nasza akcja odnalezienia skarbu Matyldy znalazła się w finale tej filmowej produkcji. Staliśmy się sławni… Musiałem się pogodzić z tym, że cała Lanckorona wie już o moim istnieniu.